Sycylia

Sycilia-0026
Kiedy w Polsce jeszcze leżało całkiem dużo śniegu, a pierwszy ślub w tym sezonie fotografowałem w swetrze i płaszczu, sycylijski klimat sprawiał, że natura budziła się do życia. Tak jakoś się złożyło, że pomimo bardzo pracowitego kwietnia, udało się znaleźć jeden wolny weekend. Wiedząc, że raczej „nic już nie wpadnie”, odpaliłem wyszukiwarkę tanich lotów Ryan’a. Po godzinie buszowania w Internecie pozostawało tylko pytanie: Sardynia czy Sycylia? Wybór padł na Sycylię. Nasz wyjazd z założenia miał być niskobudżetowy (nie mylić z „głodującym”) – po prostu byliśmy ciekawi czy uda się dużo pozwiedzać i mało wydać 🙂 podsumowanie kosztów na koniec postu 😉 W ten oto sposób, 10 kwietnia 2013 roku na lotnisku w Rzeszowie, rozpoczęła się nasza podróż.

Nasz plan zakładał 2 lub 3 noclegi u tzw. couchsurfer’ów (kto nie wie o co chodzi – odsyłam tutaj ). Lecąc samolotem zdążyliśmy dowiedzieć się nieco praktycznych rzeczy od przemiłej pani, która na co dzień mieszka i pracuje w Palermo. Lądując nie byliśmy pewni naszego pierwszego noclegu ( Remo, nasz pierwszy couchsurfer, bardzo słabo mówił po angielsku, a nasza wcześniejsza komunikacja była możliwa głównie dzięki „google translate” 😉 ). Gdy wylądowaliśmy na lotnisku była już godzina 23:40 – stwierdziliśmy więc, że w najgorszym wypadku przenocujemy na lotnisku, jednak nie przewidzieliśmy faktu, że o godzinie 0:30 jest ono zamykane na noc :/ . Remo zjawił się jednak kilka minut przed pierwszą, wraz z trójką innych couchsurfurów (dwójką Niemek i jednym Amerykaninem – jedna z dziewczyn i chłopak mówili po włosku i byli naszymi łącznikami z Remo) Tak oto w Marsali mieliśmy możliwość w komfortowych warunkach spędzenia nocy, wzięcia prysznicu i spokojnego wyruszenia w dalszą drogę już o świcie.

DZIEŃ 1 (Marsala – Erice – San vito lo Capo – Zingaro) Dom naszego pierwszego coucha – Remo. Niestety przegapiłem sprawę i nie zdążyliśmy zrobić sobie wspólnego zdjęcia nim wyruszyliśmy w dalszą podróż.

Mozia ze swoimi charakterystycznymi wiatrakami to miejsce, gdzie z morskiej wody pozyskuje się sól. Na zdjęciu widoczna jest także droga solna (Via del sale), która ciągnie się wzdłuż szlaku turystycznego.

Hodowla oliwek.

Charakterystyczny dla Mozi działający wiatrak (Mulino Maria Stella).

Włoch, który z wulkanicznej skały pumeksowej wytwarzał miniaturowe rzeźby wiatraków, greckich masek, Partenonu i zwierząt.

Piękne łąki ciągnące się wzdłuż głównej drogi. Liczne kwiaty sprawiały, że powietrze miało charakterystyczny, słodki i duszący zapach.Funivia (czyli kolejka linowa) z Trapani do malowniczego miasteczka Erice. Znajduje się ono na wzgórzu a swoją nazwę zawdzięcza mitycznemu Eryksowi (synowi Posejdona i Afrodyty, który według mitu zginął z ręki Heraklesa po tym, jak ukradł z jego stadni byka).Samo Erice zasłynęło z tego, iż na wzgórzu znajdowała się świątynia Afrodyty. Na górę wiodą liczne ścieżki, jednak piesza wędrówka byłaby zadaniem dość czasochłonnym.Mieszkańcy Erice (podobnie jak większość Sycylijczyków) zdają się wieść żywot spokojny i powolny. Zabytkowe domy, które zamieszkują, utrzymane są w charakterystycznym, śródziemnomorskim klimacie. Obserwując ludzi podlewających kwiaty, palących papierosy czy przygotowujących posiłki można odnieść wrażenie, że są integralną częścią sycylijskiego krajobrazu.Na podwórkach domostw w Erice mnóstwo było bezpańskich kotów. Niektóre brudne, inne leciwe i chore nie narzekały jednak na brak pożywienia – turyści i Włosi dokarmiali je swoim prowiantem i resztkami z posiłków.Drzwi do jednego z domostw swoim pancernym wyglądem na pierwszy rzut oka nie zachęcają gościnnością. Nie można się jednak uprzedzać! Sycylijczycy są bardzo otwarci, pomocni i pomimo, że Kasi włoski był na poziomie rozmówek polsko-włoskich a mój praktycznie zerowy 😉 – dało się z nimi dogadać i uzyskać potrzebne informacje 🙂Widok na Królewską Katedrę wzniesioną w 1312 r. Kamienie, z której jest zbudowana pochodzą ze świątyni wzniesionej ku czci bogini Wenus w Erice.Wąskie, malownicze uliczki sprawiały, że nawet 15kg na plecach nie ciążyło tak bardzo 🙂Sądzę, że Erice jest jednym z miejsc na Sycylii, które trzeba zobaczyć. Podejrzewam jednak, że w środku sezonu może być tu naprawdę tłoczno. Jadąc tymi krętymi serpentynami możemy podziwiać widoki na wschodnie wybrzeża Sycylii.Poniżej miasteczka znajdują się urocze mostki i kładki, dzięki którym można sobie nieco skrócić drogę idąc pieszo na szczyt.Co jak co, ale sycylijskie pieczywo ma coś w sobie. Jest zupełnie inne niż w Polsce. Jest takie… trochę bardziej drożdżowe – ale bardzo dobre 🙂 Minusem jest to, że rzadko kiedy produktom są przypisane ceny, więc czasem wybierając jakąś pizzę troszkę przepłacaliśmy.Pogoda ducha, uśmiech – wystarczy przywitać się, wymienić dwa zdania i spytać o drogę, by mieć pretekst do zrobienia zdjęcia 🙂 z odmową spotkałem się zaledwie kilka razy 😉Jeżdżąc stopek czasem udało nam się złapać wypasioną mazdę, a czasem pakę 🙂Nasi kierowcy często wiedząc, że chcę sfotografować najpiękniejsze miejsca na wyspie, specjalnie nadrabiali więcej kilometrów, by zabrać nas na taras widokowy, pokazać ładniejszą panoramę czy wybrzeże. Ja robiłem zdjęcia, Kasia wypytywała o zabytki 🙂Jak widać nawet z głównej drogi można było dostrzec świetne widoki.San Vito Lo Cappo – czyli jedna z ładniejszych plaż północnego wybrzeża – niestety dość komercyjna. Dowiedzieliśmy się również, że w sezonie noclegi tu są dość kosztowne, podobnie jak jedzenie czy wypożyczenie sprzętu turystycznego. Z San Vito Lo Cappo mieliśmy już tylko ok. 15 km do rezerwatu ZingaroPlaża w San Vito Lo Cappo w kwietniu jest niemal bezludna. Spowodowane jest to dość niską temperaturą wody i zimnym powietrzem znad morza.DZIEŃ 2 ( Riserva naturale dello zingaro – Scopello – Castelamare del Golfo – Cefalu) Noc spędzona na granicy rezerwatu zingaro była średnio wygodna. Dotarliśmy na miejsce gdy zmierzchało – nie było zbyt wiele czasu na szukanie miejsca. Po tej nocy nauczyłem się kolejnej rzeczy: \”nie rozbijaj namiotu gdy kąt nachylenia podłoża jest większy niż 30 stopni…\” Dzięki temu jednak mieliśmy przyjemność zobaczyć jeden z piękniejszych wschodów słońca…Wschód słońca w Reserva dello Zingaro – najpiękniejszym parku krajobrazowym na Sycylii. Nie można tam przebywać w nocy, a co dopiero spać, dlatego też bardzo ostrożnie, próbując się wtopić w otoczenie, rozbiliśmy namiot pod palmą – i jak się później okazało – na bardzo pochyłym podłożu. Byliśmy bezpieczni, niemal niewidoczni, ale spanie na równi pochylej wspominamy jak wchodzenie od dołu na stromą zjeżdżalnię 😉 .Wschód słońca w rezerwacie. Było pięknie, chłodno, nie było komarów, a poniżej w zatoce pływały kutry rybackie.Średnio wyspani nauczyliśmy się ważnej rzeczy – najważniejsze, by podłoże pod namiotem było płaskie 😉Śniadanie w takiej scenerii smakuje naprawdę wyjątkowo, nawet jeśli w jego skład wchodzi pieczywo, ser i pomidory 😉Żałuję, że mieliśmy tylko czas na przejście głownym szlakiem ( z San Vito lo Capo do Scopello)Szlak jest dobrze oznaczony i widowiskowy choć mogłaby pojawić się jakaś mapa przy wejściu do rezerwatu 🙂 Poranek był przepiękny, zieleń traw intensywna, podobnie jak błękit morza.W całym rezerwacie mnóstwo było jaszczurek i węży. Trzeba było się przyzwyczaić do tego, że każdy nasz krok powodował poruszenie wśród lokalnych zwierząt.Już po dziewiątej słońce zaczęło nieźle przygrzewać. Pierwszą opaleniznę i czerwone nosy złapaliśmy przemierzając szlaki Riserva naturale dello Zingaro.Cała trasa w rezerwacie jest świetnie oznaczona. Co kilkaset metrów znaleźć można kosze na śmieci, są też ławeczki i tarasy widokowe. Szlak cieszy się ogromną popularnością, jednak my – z dużym bagażem na plecach – budziliśmy wśród turystów dość spore zainteresowanie 😉Choć nie należę do fanów kawy, na Sycylii smakuje ona jednak zupełnie inaczej. Dzień bez kawy dla Sycylijczyków (i Kasi) był dniem straconym 😉Docieramy do Cefalu – malowniczego miasta położonego mniej więcej na środku północnego wybrzeża.Cefalu leży u podnóża ogromnej skały Rocca – stąd też nazwa miasteczka (gr. kefale – przylądek).Zabudowa Cefalu jest niezwykle urokliwa. Domki i kamienice sąsiadują bezpośrednio z morzem. Do miasteczka dotarliśmy zmęczeni upałem – łapanie stopa na słońcu i w żarze bijącym od asfaltu może być dość męczące.Pełne ciasnych uliczek z kramami Cefalu ma swój nieodparty urok. Wąskie i długie sklepiki zachęcają bogatymi wystawkami, antykami i komercyjnymi gadżetami.Pędzące skutery, sklepikarze, turyści, gwar i przyglądający się temu wszystkiemu sycylijscy emeryci. Życie toczy się na ulicach. W okresie \”low-season\” po tych uliczkach próbują przeciskać się samochody – już tydzień później, w centrum obowiązywał będzie ścisły zakaz dla pojazdów mechanicznych.Sycylijscy emeryci – wystrojeni, bacznie obserwowali turystów siedząc przed swoim domem.Górujący nad miastem masyw La Rocca.Czujnemu oku Sycylijki nic nie umknie! Tam, gdzie nie było miejsca, by usiąść przed domem, ludzie obserwowali ulicę z okien i balkonów 😉Tak naprawdę tutaj chyba zacząłem na dobre przełamywać się w fotografowaniu ludzi spotkanych na ulicy. Prezentowany pan chętnie pozował i być bardzo sympatyczny.Dzień w Cefalu mijał szybko, a my nadal pozostawaliśmy bez noclegu. Po pół godziny poszukiwań udało się \”zakamuflować\” przy wałach, niedaleko plaży.A taki oto widok rozpościerał się z naszego namiotu 🙂 Trzeba przyznać, ze charakterystyczna katedra z XII w. prezentuje się w zmierzchu całkiem przyzwoicie 😉Dzień 3 ( Cefalu – Enna – Catania)O świcie przed naszym namiotem pojawił się pan łowiący ryby.Podstawy naszej diety, czyli sycylijskie pieczywo, pomidory i… i właśnie, co? Zagadka dla sokolich oczu 😉Odkryliśmy w Cefalu bardzo fajną knajpkę, gdzie nie było turystów i w której wizyta zdawała się być naturalnym elementem dnia wielu Sycylijczyków. Wypiliśmy tu stosunkowo niedrogie piwo, do którego dostaliśmy chipsy i orzeszki. Odpoczywaliśmy i… obserwowaliśmy starszych panów z pasją oddających się dyskusjom przy kawie i piwie 😉Panowie w takich sytuacjach zawsze zdawali się być pochłonięci czymś niezwykle interesującym pomimo tego, iż po prostu obserwowali przepływające przez ich miasto masy turystów.Naszym następnym punktem była Katania, gdzie mieliśmy zapewniony komfortowy nocleg u kolejnego couchsurfura. Jednak wydostanie się z Cefalu nie było takie proste. Udało się dopiero po niemal godzinie. Mieliśmy dużo szczęścia, bo przesympatyczny pan zawiózł nas do samej Enny piękną autostradą, z której strzeliłem kilka \”widoczków\” przez szybę 🙂Na stacji benzynowej za Enną zabawiliśmy może 20 min. Zatrzymał się pan bardzo ekskluzywną wersją opla zafiry. Zawiózł on nas do samej Katanii. Rozmawialiśmy z nim o Krakowie, Janie Pawle II, studiach i rodzinie. Jego żona, która zadzwoniła w trakcie jazdy, a on, obgadując nas po włosku, chwalił się z kim jedzie i skąd jesteśmy. Kobietanie mogła się nadziwić, że ludzie z tak daleka i to tak młodzi nie boją się jeździć stopem po Sycylii! Ostetecznie180 km przejechaliśmy z całkiem niezłym wynikiem 3 godzin 🙂Etna górująca nad krajobrazem w okolicach Katanii.Przesiadywanie na ulicach to chyba sport narodowy Sycylijczyków 😉 Tutaj – panowie w Katanii.Ciężko porusza się po Katanii, ponieważ nosi ona widoczne ślady wielokrotnych zniszczeń związanych z wybuchami Etny. Co jakiś czas znaleźć można większy plac, zabudowa miasta na pierwszy rzut oka wydaje się być chaotyczna, a zwiedzanie męczące. Do tego mnóstwo aut i ludzi, upał i rozgrzane chodniki…To zdjęcie zrobiłem na głównej ulicy Katanii – Via Etnea, którą mógłbym porównać do ul. Floriańskiej w Krakowie z tym, że jest długa na 3 km i panuje tam zazwyczaj bardzo duży ruch (głównie pieszy). Zrobienie tego zdjęcia (decyzja,kadr, moment kiedy na chwilę zrobiła się luka pomiędzy tłumem ludzi, który przelewał się wtedy po ulicy) trwało dosłownie ułamek sekundy. To był ten moment, kiedy wiedziałem, że na zrobienie zdjęcia jest naprawdę niewiele czasu i chyba dużą rolę odegrały tu instynkty fotograficzne, niż świadoma decyzja 😉Panowie przesiadujący na fontannie przy Piazza Duomo – głównym placu Katanii.

A to osoba, która nas gościła – Enrice. Postanowił uraczyć nas potrawami z typowej kuchni sycylijskiej. Przygotował razem ze swym przyjacielem Giuseppe minestrone. Jak się dowiedzieliśmy to coś \”pomiędzy zupą a pastą\” 😀 Enrice na co dzień jest kucharzem w restauracji, a oprócz tego studiuje ekonomię 🙂Enrice wynajmuje mieszkanie razem z innymi studentami. Mieszkanie jest ogromne i przestronne. Nasz gospodarz nie potrzebował za bardzo naszej pomocy w kuchni. Był świetnie zorganizowany, profesjonalny i z dużym wyczuciem podchodził do przygotowywania posiłku.Soczewica? Groszek? podstawowy składnik naszej minestrone.Giuseppe bardzo się starał pomóc Enricowi, ten jednak zawstydził nas wszystkim – nawet cebulę kroił profesjonalnie 😉Giuseppe w akcji 🙂 Znajomy rozumiał dużo po angielsku, ale głównie korzystał z tłumaczeń Enrice i nie mówił do nas w tym języku. Tak więc Kasia próbowała do niego po włosku, on do nas po angielsku, Enrice co nieco po polsku, a ja miałem ubaw 😉Tak oto uraczeni dobrym posiłkiem, wreszcie wykąpani, oddawaliśmy się dyskusjom o sycylijskiej kulturze, polityce, mafii etc. Enrice bardzo dobrze mówił po angielsku (nareszcie!) więc każdy kolejny kieliszek wina przynosił ciekawsze tematy. Tę część podróżowania bardzo sobie cenię, ponieważ to najlepszy sposób, żeby poznać kraj i obyczaje. Prowadzenie za rączkę przez biuro turystyczne w miejsca gdzie wszyscy ślą sztuczne uśmiechy licząc na uszczuplenie naszego portfela ( a chwilę później odpalając prowizję biurowi turystycznemu) – to nie dla mnie 🙂Widok z kuchni Enrice. Dzień 4 (Katania)Tego dnia w planach było tylko krótkie szwędanie się po ulicach Katanii, plażing i odpoczynek 🙂 No i jeszcze \”dobre jedzenie na mieście\” w tratorii, którą zarekomendował nam EnriceZderzenie kilku epok widoczne jest na każdym kroku na ulicach Katanii. Stary bruk, odnawiane wielokrotnie po licznych zniszczeniach kamienice, nowe szyldy i jeszcze nowsze pojazdy – interesujący dla turysty miks.Obowiązkowa słit-focia z widokiem na Etnę (no przecież jak wszyscy tam stawali i robili zdjęcia, to my też! 😀 )W ogrodzie mieszczącym się w sercu Katanii wszystko kwitnęło! To tutaj z kwiatów, które są codziennie przesadzane, ułożona jest aktualna data na głównej rabacie w ogrodzie.„Czarna plaża” – swoją nazwę zawdzięcza pyłowi wulkanicznemu. Choć słońce nieźle dawało, temperatura morza wcale nie zachęcała do kąpania.Gdyby ktoś kiedyś był i chciał dobrze i nie tak drogo (jak na warunki włoskie 😉 ) zjeść – polecam! http://www.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g187888-d1760810-Reviews-De_Fiore-Catania_Province_of_Catania_Sicily.htmlPrzystawkowy miks 🙂Właścicielka tratorii i główna kucharka. Widać, że knajpkę trzymała krótką ręką, dbała o każdy szczegół i niezwykle zależało jej na zadowoleniu klientów.

Ołtarzyki i święte obrazki spotkać można bardzo często w Sycylijskich miastach i miasteczkach. Normalnie jest również to, że zawsze pod nimi znajdują się zapalone świece i kwiaty. Dzień 5 (Katania – Taormina – Pachino) Poprzedniego dnia, po obfitym obiedzie, zmęczeniu i nagrzaniu słońcem – ucięliśmy sobie krótką drzemkę. Przebudzony około 23 stwierdziłem, że tego wieczoru już nie posiedzimy razem z Enrice (chyba nasze organizmy poczuły lekkie rozleniwienie i potrzebę regeneracji przed następnymi kilkoma dniami tułaczki). Rano obudziliśmy naszego couch\’a, aby się z nim pożegnać i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Dzień 5 (Katania – Taormina – Katania – Marzamemi)

W naszej podróży dwukrotnie skorzystaliśmy z ogólnodostępnych środków komunikacji – tutaj w drodze na zajezdnie autobusów. Kierunek – TaorminaTaormina przypomina nasze Zakopane – szalenie komercyjne miasto dostosowane do turystów i nastawione na wyciągnięcie od nich maksymalnej ilości gotówki.Tradycyjne lalki, ręcznie robione. Kosztowały kosmicznie dużo, ale zaczarowały zarówno Kasię, jak i wszystkie małe dziewczynki odpoczywające w Taorminie na wakacjach 😉Sklepik z haftowanymi drobiazgami. Pani na zdjęciu haftowała turystom ich imiona i dawała w prezencie 🙂Widok na dymiącą Etnę.Chcąc uciec od hałasu i ludzi kupiliśmy reklamówkę czerwonych pomarańczy, znaleźliśmy ławeczkę w zacienionym miejscu i chillowaliśmy 😉 Ogród publiczny prezentował się bardzo okazale, ale przede wszystkim dawał upragniony cień.Taormina znajduje się na znacznym wzniesieniu, toteż lepiej przyjechać do niej autobusem, który podjeżdża na górę, niż koleją, która znajduje się u podnóża góry, później wychodząc na piechotę. Widok ze szczytu jest niesamowity.W Taorminie zaczęły się nasze problemy związane z poruszaniem się autostopem po wyspie. po pierwsze, to komercyjne miasto, patrząc z perspektywy czasu, wcale nie było nam potrzebne do szczęścia, za to pożarło sporo czasu. Po drogie, im bardziej na południe, tym większy problem ze złapaniem stopa, którego łapaliśmy często i przebywaliśmy bardzo krótkie odcinki. Zaplanowaliśmy wizytę w Riserva naturale orientata Oasi Faunistica di Vendicari spodziewając się równie bajecznych widoków, co w Zingaro. Niestety…Rezerwat znany jest jako siedlisko czapli i innych ptaków. Wszędzie mokradła i piasek. Z plecakami na plecach i w sandałach dość ciężko pokonywało się trasę. Bardzo próbowaliśmy w tym miejscu znaleźć coś zachwycającego – niestety…Powoli zaczynało zachodzić słońce, gonił nas czas, a tu rezerwat zdawał się ciągnąć po horyzont.
Na plaży nie dało się rozbić namiotu, szczególnie że wszędzie były glonowate kulki z alg. Na mokradłach tym bardziej nie było to możliwe.Ostatecznie rezerwat skończył się w pobliżu budynków, które wyglądały na opuszczone i niezamieszkane.Na horyzoncie pojawił się taki oto samochód. Postanowiliśmy rozbić się w jego pobliżu. Sąsiadowaliśmy z miłą niemiecką rodziną, która poczęstowała nas piwem :)Minusem noclegu był ogrom komarów, które niemal uniemożliwiły nam rozbicie namiotu. Dzień 6 (Pachino – Marzamemi – Modica – Vittoria)Podczas śniadania towarzyszył nam oswojony wróbel. Kasia dokarmiała go croissantem, a ten porywał okruchy do pobliskiego gniazda i dawał rozdartym pociechom. Całe wydarzenie obserwował sympatyczny starszy pan kręcąc głową i śmiejąc się z naszej empatii.Port w Marzamemi to niezwykle urokliwe miejsce. Łódki, rybacy, błękitne morze…Nasze śniadanie 🙂 Marzamemi słynie z produkcji ryb. Postanowiliśmy ich spróbować.Jak już wspominałem, podróż stopem po południowej części wyspy nie była tak sprawna, jak po północy. Na jednym postoju, na który podrzuciła nas pani, która widziała nas, gdy kupowaliśmy ryby, spędziliśmy 2 godziny…Po dość dużych przygodach, podróżując po kilka kilometrów z jednym kierowcą i lądując w miejscu maksymalnie oddalonym od miasta, z którego mieliśmy następnego dnia wylot, po wizycie u ortopedy, pomocy pracowników biura ubezpieczeniowego i przemiłego pana z Rumunii – dotarliśmy na dworzec autobusowy. Zaistniała sytuacja zmusiła nas do złamania naszych wcześniejszych założeń i kupienia biletów do Palermo. Nie było już wtedy szans na to, żebyśmy zdążyli wrócić do Trapani stopem. Tak to czasem bywa, że jednego dnia udaje się przejechać prawie 200km w 3h, a czasem w 7,5h udaje się przejechać 45km 😀 – tak pesymistycznego wariantu nie zakładaliśmyNocleg na dworcu w Palermo był dość hardcore\’owy. Ja spałem na murku, Kasia czuwała czytając. Obok nas znajdował się posterunek policji, zaś jej pracownicy ze szczególnym zainteresowaniem wypytywali, co tu robimy, dlaczego musimy tu spać (dworzec na noc jest zamykany), na czym polega nasz problem i jak nam mogą pomóc. Suma summarum dali nam namiary na autokar, który jechał do Trapani o 3 w nocy. Dojechaliśmy na lotnisko, zdrzemnęliśmy się i wyruszyliśmy na ostatni spacer nad morze.Pytając o plażę mijanych Włochów, ci kręcili ze zdumieniem głową widząc nasze plecaki i mówili, że bardzo daleko, że 2-3 km. Śmialiśmy się wtedy – czym były 3 km w porównaniu do tego, co już za nami 😉Tutaj musimy z Kasią wyrazić swoje podziękowania wszystkim tym, którzy przyczynili się do naszej podróży. Każda sfotografowana poniżej osoba wzięła nas na stopa 🙂 Mógłbym się rozpisywać, ale niech zdjęcia mówią za siebie 🙂Taką oto trasę udało nam się pokonać w 6 dni. Niestety południe Sycylii nie zostało zaliczone. Pewnie uda się następnym razem 🙂 Dla ciekawskich, podróż kosztowała nas w sumie 1500zł (za 2 osoby). Mieliśmy wykupiony jeden bagaż główny (15 kg). 3 noce spaliśmy pod namiotem, 3 noce u couch surferów, a jedną noc wracaliśmy do Trapani i koczowaliśmy na lotnisku 😉 Gdyby nie potrzeba skorzystania z autokaru ostatniego dnia, myślę że udałoby się zejść poniżej 1400zł 😉 Tak więc, wakacje nad morzem śródziemnomorskim nie muszą być takie drogie, a i zobaczyć można nieco więcej 🙂

 

 

  • Sławek Stelmach - na Etnie pośród księżycowego krajobrazu to sie Sławek kilka lat temu zaręczył 🙂
    Będąc w niedalekiej okolicy mogliście skosztować temtejszego cudownego wina migdałowego

    no i fajne strzały miło sie ogląda i wraca myślami do Katanii 🙂OdpowiedzAnuluj

  • Wojtek - Fantastyczna relacja, przydatne informacje i świetne zdjęcia. Bardzo przyjemnie się czyta i chętnie zobaczyłbym więcej podróżniczych relacji. Pozdrawiam.OdpowiedzAnuluj

  • LueLue - I to się nazywa przygoda, a nie wakacje w 4 gwiazdkach. Podobają mi się faceci przy fontannie. Pytałeś ich o zgodę czy tak poprostu pstrykałeś?OdpowiedzAnuluj

  • Ewelina - Relacja i wszystkie komentarze są po prostu genialne. Nie mogłam uwierzyć jak zobaczyłam koszt podróży zwłaszcza patrząc na mapkę z liczbą odwiedzonych miejsc! 😉OdpowiedzAnuluj

  • michal - Świetne zdjęcia.. a za oknem śnieg i orkan 🙂 aż chce się wyrwać w ciepłe kraje 😉OdpowiedzAnuluj

  • Patryk - Wow! Niesamowita sprawa 🙂OdpowiedzAnuluj

  • Ania - Wybieram się końcem kwietnia na tydzień na Sycylię sama i podobnie jak Wy, zakładam „dzikie” warunki podróży 😉 Świetna relacja, zwłaszcza mapka na dole dobrze obrazuje, jak dużo udało się Wam zobaczyć. Co do zdjęć- fantastyczne, urzekające, po prostu hipnotyzujące! Wszystkie są majstersztykiem! Będę zaglądać systematycznie, jest się czym inspirować 🙂 Pozdrawiam z Krakowa!OdpowiedzAnuluj

  • Radek Radziszewski - Świetnie pokazane i opowiedziane – oglądam z przyjemnością !OdpowiedzAnuluj

Wymagane pola są zaznaczone *

*

*